wykopaliska

Spektakularny ;) początek mojej działalności prasowej, który doprowadził do upadku gazetki szkolnej miał miejsce jesienią 1981r. Jako świeżo upieczona licealistka zgłosiłam się do redakcji tego szacownego periodyku. Na początek zaproponowałam publikację rysunku satyrycznego. Jak przystało na uczennicę klasy o profilu biologicznochemicznym przedstawiłam na nim jednego z przedstawicieli rodzimej fauny hodowlanej. Co było dalej, już wiecie. Początek oznaczał jednocześnie koniec, jak w mojej ulubionej pracy Stanisława Dróżdża.

Współpraca z zinem DadA również skończyła się na pierwszym numerze (tworzyłam go z Jackiem Milczarekiem – Stan Zvezda – i jego dziewczyną – Beatą).

Podobnie prace redakcyjne w kolejnym kseropisemku, którego odkrycie, zgodnie z zawartą w tytule obietnicą („TO BĘDZIE coś nieoczekiwanego”) przyniosło mi wielką niespodziankę w postaci cudem odnalezionego socjologicznogeometrycznego artykułu.

Więcej zinów nie pamiętam, zgodnie z sentencją, że kto pamięta lata osiemdziesiąte ten ich nie przeżył. ;) Nawiasem mówiąc wyżej wymienionych też nie pamiętałam, dopóki ich nie odkryłam w domowym archiwum. Jeżeli jeszcze jakieś odnajdę natychmiast tutaj o tym napiszę.

Jak upadła gazetka szkolna, czyli kolejka do świni

Ogonek świnki to ustawieni jeden za drugim kolejkowicze. Kolejki, zwłaszcza „za mięsem” to był stały element rzeczywistości lat osiemdziesiątych.

satyra, rysunek satyryczny, stan wojenny, lata osiemdziesiąte, polityczna prowokacja, gazetka szkolna, liceum im. Juliusza Słowackiego, kolejka po mięso

Dziś trudno uwierzyć, że żartobliwy rysunek czternastolatki wywołał takie zamieszanie. Z mojej strony to był wyłącznie niewinny dowcip. No ale zbliżał się grudzień 1981 i wszystko mogło okazać się polityczną prowokacją.

Świnka (z ogonkiem ;)) „opublikowana” została na szkolnym korytarzu i natychmiast zdjęta. Chwilę potem zdjęto również gazetkę. Ja osobiście nie poniosłam chyba żadnych konsekwencji. A może ktoś pamięta tę historię inaczej? Chętnie poznam alternatywne wersje.

DAdA NR1

Gazetkę odkryłam szukając materiałów do punkowego Cypla. Pochodzący z 1984 r zin udowadnia, że dadaizm jest wiecznie żywy, a zwyczaj pisania dużej litery na końcu wyrazu nie pochodzi z ery internetu. W pisemku można znaleźć teksty literackie, informacje o koncertach, komiks, hasła, manifesty i niezwykle praktyczne ;) informacje dotyczące działania substan­cji halucynogennych pochodzenia roślinnego.

jacek milczarek, beata milczarek, stan zvezda, muzyka alternatywna, lata osiemdziesiąte dada, dadaizm, koncerty, manifesty, słowa skondensowane

Większość tekstów jest bez podpisu, więc identyfikując własne musiałam posiłkować się pamięcią, która, jak się przekonałam przygotowując dział dzienikarskoarcheologiczny nie funkcjonuje najlepiej (szczęśliwie tego typu znaleziska działają czasem jak proustowska magdalenka).

Mój jest również jeden z rysunków. Prawdę mówiąc nie ma się czym chwalić. W owych czasach specjali­zowałam się w ludkokościotrukach zawierających niekiedy elementy roślinno zwierzęce (miałam zwyczaj obdarowywać znajomych skrzydłowcami z modeliny – ludzka twarz ze skrzydłami zamiast powiek).

Do dziś stosuję zabieg łączenia elementów ludzkich, zwierzęcych i roślinnych powołując do życia bohaterów niektórych baśni.

Najciekawiej (jeśli chodzi o moje publikacje) wypada przedstawiona w kliku zdaniach idea słów skonden­sowanych. Choć literacko daleka jest od doskona­łości miło przypomnieć sobie ten pomysł:

SŁOWA SKONDENSOWANE
słowa skondensowane są słowami spotęgowanymi. zawierają zagęszczoną wieloznaczną treść, której nie posiada żaden normalny wyraz. ich zagadkowe brzmienie pobudza wyobraźnię i stanowi wartość samą w sobie. wyrazy w słowach skondensowanych nabierają nowych znaczeń. sztuką jest stworzenie wy­razu nie tylko o interesującej treści ale i niezwykłym brzmieniu. SŁOWA SKONDENSOWANE TO PRZYSZŁOŚĆ POEZJI I DRAMATUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU
lotogromnatrakcja – lot to ogromna atrakcja
pijedenaturat – pije denat denaturat
koniecoctailowy – koniec nieco coctailowy
chłodekadencyjanku – chłodek deka dekadencji cyjanku
CDN...

Ciąg dalszy jednak nie nastąpił, a słowa skondensowane nie stały się przyszłością POEZJI I DRAMATUUUUUUUUUUU. Nawet w indywidualnym przypadku piszącej te słowa. Cóż taki bywa los niektórych eksperymentów.

Czytaj dalej (do góry)

Współtwórców zina zidentyfikowałam łącząc tradycyjne metody (pamięć) i nowoczesną technologię ;) (goooglanie). Gazetka zawierała jedynie informację, że „REDAKTORY” to jacek, beata, dorota

Jacek to, według moich ustaleń, wokalista zespołu Stan Zvezda (Jack Milczarek), a Beata to jego ówczesna dziewczyna. Po wydaniu pierwszego numeru nastąpiły chyba jakieś nieporozumienia w gronie redakcyjnym. Tu znów pamięć mnie zawodzi. Nie wiem też, czy zin ukazywał się nadal.

P.S. Po publikacji tego tekstu otrzymałam sympatycznego, wspominkowego maila od Jacka Milczarka. Przy okazji wyszło na jaw, że w przedsięwzięciu uczestniczył również telewizyjny showman Kuba Wojewódzki, wówczas występujący w charakterze artysty niszowego, a ówczesna dziewczyna (redaktorka Beata) jest obecnie żoną Jacka.

To będzie coś nieoczekiwanego

?????????

obiecuje tytuł gazetki i, trzeba przyznać, obietnicy dotrzymuje. Nawet po latach. Zwłaszcza po latach! Odnalezienie zina nadzwyczaj mnie uradowało. Z dwóch przyczyn. Po pierwsze – odkryłam w nim zaginiony artykuł o geometrycznej teorii spostrzegania. Po drugie – pisemko było bardzo fajnie i bezpretensjonalnie zaprojektowane. Niepokoił mnie jednak fakt, że w żaden sposób nie mogłam sobie przypomnieć w jakich okolicznościach powstało.

PISMO NIECODZIENNE – ISTNIEJE OD 1987 ROKU głosił nagłówek, zmieszczony zresztą (wbrew powszechnie przyjętym zwyczajom) na 2 i 3 stronie. Pod spodem zamieszczono kolejne informacje:

CZWARTEK, 6 SIERPNIA 1987 DZIŚ STRON 7 CENA 10ZŁ

A na stronie piątej znalazłam wydrukowane do góry nogami (o ile litery posiadają nogi) informacje dotyczące składu redakcji:
REDAGUJĄ:
Monika Shelly........tel. 319-110
Grzegorz Lompa....tel. 319-113

geometryczna teoria postrzegania, 1987, zin, ziny, ziny z lat osiemdziesiątych, spam-art, mail art, Dębki, Dębki w latach osiemdziesiątych

Wytrwale i bezskutecznie googlałam redaktorów. Zamiast Grzegorza Lompa znalazłam Grzegorza Lompe. Były co prawda jakieś Moniki Shelly (np.na Facebooku), ale żadna nie pasowała do kontekstu. To potwierdziło moje obawy, że mam do czynienia z pseudonimami. Skoro sama podpisałam się pod artykułem jako profesor niezwykły Bartłomiej Pupka to redaktorzy również mogli podpisać się jakkolwiek.

Nie ustając w swym archeoologicznyodziennikarskim zapale przystąpiłam do analizy zawartości licząc, że to przybliży mnie do prawdy. Większość „tekstów” to były nieczytelne wycinki z gazet uzupełnione o na­bazgrane odręcznie napisy typu „W dżewach są tunele w których morzna zamieszkać” albo „RAFał jest gupi drani j iórz” (do tego rysunek przedstawiający serce przebite strzałą) albo „SPRZEDAM UŚMIECH” – to w dziale Ogłoszenia.

W tym samym dziale znalazłam językowy dowcip, który brzmiał dziwnie znajomo – najpewniej sama go napi­sałam: „RECEPTA. ZEŚWIEDCZENIE LEKARSKIE”. Obok odcisk palca i rysuneczek trzymających się za ręce pielęgniarki i księdza.

W moim „śledztwie” pojawił się również trop gdański w postaci kilku wzmianek na temat tego miasta: „W SKRÓCIE. 20 br. sześciu obywateli Sopotu, po całonocnej libacji, wypiło całą wodę zawartą w Zatoce Gdań­skiej. /GL/” albo
„informacji o Gdańsku brak”

Stąd hipoteza, że w przedsięwzięciu maczali palce jacyś Gdańszczanie. Kto wie jednak, czy słuszna? Ja w każ­dym razie nie wiedziałam. Ostatecznie wezwałam posiłki w osobie małżonka.

– Ależ ja to robiłem! Jestem tego pewien! – oświadczył wezwany tworząc w ten sposób najbardziej zaskakują­cą puentę śledztwa i skłaniając mnie do głębokiej refleksji nad kondycją własnej pamięci.

W ten oto sposób wywiad z własnym mężem pozwolił ustalić sprawców zamieszania – Grzegorz Lompa to nikt inny jak mój mąż-Darek, zaś Monika Shelly to ja we własnej osobie. O paradoksie! Googlając ją googlałam sie­bie samą (nawet o tym nie wiedząc!).

Rozmowa ujawniła również cel powstania zina. Gazetka rozesłana została do rozmaitych znajomych (bądź mniej znajomych) – stąd projekt okładki przypominający odwrotną stronę pocztówki (z miejscem na znaczek i adres). Dziś określono by ten proceder jako artystyczne spamowanie. Wówczas nazywano to mail art, czyli sztuką poczty. (O rany! Czyżbym niechcący wynalazła nową dziedzinę sztuki, a mianowicie SPAM ART?!!!)

Skąd zatem motyw gdański? Otóż byliśmy właśnie świeżo po powrocie z Dębek i Gdańska, gdzie (po dwóch la­tach kolegowania się) nasze relacje uległy gwałtownej ewolucji, by nie powiedzieć rewolucji. ;)

A teraz, skoro już znacie okolicznośći odnalezienia i powstania zina zapraszam do zapoznania się z opublikowaną w nim „Geometryczną Teorią Spostrzegania”.